Letnie zachwyty upycham w sobie niczym głodne dziecko. Byle więcej. Chowam na potem. Chłodne dni przepuszczam przez palce. Lekkomyślnie. Tulę poduszki. Na dobranoc wmawiam im miękkość. Zapach. Słońce w oczy i radość. Zimy zapomina się sprawniej.
jak tu pisać długie wiersze, skoro nie można nauczyć się życia całą szerokością frazy przyglądam się z boku jest inaczej czuje oddech zza tęsknię tym co wydłuża noce w wyobraźni maluję siebie podstawiam do wzoru na ja- ty mylę algorytm
bo przecież śpisz a mówisz do mnie choć obraz mąci ci się znów czy tą dziewczynką to ja byłam czy tylko ona była mną a potem nikt już nie wie gdzie się łóżka kończy wiotki brzeg ja sypiam nago ona nie mijamy się jest dzień
już zamknij oczy proszę śnij gdy chmury kłębią się nad światem jak ślepcy we mgle ciągle iść usiądźmy nim się zerwie czas nim kiepską nicią szyte dni pękną tam gdzie się raj nie przyśni zapłaczmy czasem lecz nie dziś niech życie się w mozaikę składa ja muszę w swoją stronę iść więc niebo nam się ciągle zmienia
- Dziwny - przemyka mi nagle przez głowę - tutaj wszyscy jesteśmy. Zawsze znajdę sobie jednak kogoś. - Kozioł ofiarny - podkpiwa czasem mój towarzysz. Zamyślam się. Wymyślam mu życiorys. Historię życia w epizodach. Ma niewiarygodnie długie i chude stopy. - Skąd on się tu wziął? Jakby spadł ze starego obrazu. Pamiętam taki. Właściwie to było zdjęcie, ale co za różnica. Stare, czarno-białe. - Tak, musiał się wziąć z tego zdjęcia. -Kto?On? - pyta mój towarzysz kiwając znacząco głową. Słowacki góral odwraca się i odchodzi. Niech idzie. Mój wzrok wypala mu dziury w czaszce. Odwraca się, jakby z lękiem. "Jeszcze mnie spotka" może brzmieć jak zemsta.
zaśmiewaliśmy się do łez. spochmurniało. teraz bolą mnie oczy po wypłukanym szczęściu ani śladu. mrucz mi stale o wietrze w koronach. i o słońcu o każdej porze roku. pod twoim niebem tak często nie pada. ożywiam się jak potok stale wpływam na losy sprawców nieszczęść z zapomnianych rysunków i szczęść, którym niepotrzebne fotografie.
1. spotkaj się ze mną poczekam w pół drogi usiądę do stołu pójdziemy już razem 2. spotkam się z tobą w połowie stołu zostawię ci wiadomość że jestem kiedy wyciągniesz dłoń możesz brać do syta tylko nie odchodź wiecznie głodny
patrzę na jego usta kiedy opowiada mi wszystkie okropności dnia o zachodzie słońca krzywi się na dźwięk słowa matka świdruje mi uszy nie chcę słyszeć marzę o bramach raju w których starzeje się Zorn a Śmietanę tuli czarny Orfeusz i już nie wiem czy mam prawo uśmiechać się ze szczęścia
nie pamiętam kiedy kończy się lato tylko, że początek był gorący jak moja głowa kiedy wchłaniam całą wilgoć poranka pęcznieję niczym myśli nad ranem potem znów upał odchodzi powoli aż nad potok występujących z brzegów golasów przemykam obok z poczuciem ulgi mogę uciec od ciągłego pamiętania żeby chronić głowę od kapeluszy
mów do mnie deszczem popiołów łoskotem maszyn nie zachwalaj życia nie da się wrócić wrakom ludzi wypatruj na pustkowiach zatkaj uszy na wysypisku zdzieraj rdzę z pozłacanych cacek