kiedy mówię że nie wierzę już w miłość
nie marszcz brwi
wyglądasz tak bezradnie
goniąc wiatr
w koronach
jak we włosach
szukasz dźwięków
życie po zachodzie budzi się ciszej
i chłodniej
jeśli zwątpię
włóż mi usta ciepłe słowa
kiedy mówię że nie wierzę już w miłość
nie marszcz brwi
wyglądasz tak bezradnie
goniąc wiatr
w koronach
jak we włosach
szukasz dźwięków
życie po zachodzie budzi się ciszej
i chłodniej
jeśli zwątpię
włóż mi usta ciepłe słowa
dokąd siadaliśmy pod drzewami były potężne
konary wiły się w głowie
i w górze
sięgałam dalej niż oczy
nie wierzyłam że dziś jest krótsze niż wczoraj
póki się nie znamy
jestem nieswoja
więc nie oswajaj mi dłoni
nie ucz składać w powietrzu ust
do ust przykładam liść
i gram
zielono jest tylko drzewom
pytam czemu nie płaczą jesienią
kiedy mokną mi włosy
z żalu za wiosną wplatam się w babie lato
i skraplam
choć to nieistotne
z perspektywy absolutu*
dlatego dziś pomilczę dłużej niż zwykle
tylko głowę uniosę
wysoko
nie sypałeś mi kwiatów by trafić
tam gdzie pachnieć mi przyszło późnym latem
kiedy zgubię się słowach
bądź mi echem
potem wracaj
nie wracaj
zamieraj
dojrzewam w deszczu
jak dzikie jabłka
rumiana choć cierpka
znów narzekasz na nieurodziwe lato
co mam począć że tak rzadko
się spełniam
w pełni widzę jaśniej
przepowiednie
siedem chudych kłosów mam w dłoni
ty strzał coraz mniej w kołczanie
nie powstanie z nas nowy naród
kiedyś wrócisz
pewnie mury obronne zastaniesz
ma za sobą czterdzieści lat
na pustyni
chłonęła głównie fatamorgany
nie było tłustych lat
prowizorka wciągała
jak nałóg
gdyby chociaż była wybrana
zniosłaby wszystko
bez szemrania
dziś uważa się za błogosławioną
między niewiastami które jeszcze nie wiedzą
ile lat może zabrać przebudzenie
gdzie od razu wszystko było takie dorosłe
i doskonałe
od kiedy rośnie samo stale się wygina
wypacza od nadmiaru chęci lub ich braku
od porywów i zastojów
deszczu błogosławieństw i obelg
jak się zdarzy
od kiedy zabrakło raju
cuda dzieją się częściej
i rzadziej
byle stale
może chodzi o to czego nie da się przewidzieć
przed wschodem
choć wiemy że ta biel
za chwilę roziskrzy oczy
a może o to że nienawidząc można kochać
i mieścić się
między skrzypieniem butów o świcie
a następnym roztopem
wybieramy drogę pod górę
tę samą co wczoraj
wśród tysiąca śladów zacieramy własne
wspomnienia pierwszych kroków
stawiamy nowe tezy o końcu świata
nie krzycz mi do ucha
że życie jest piękne
nie rozumiem
czyjś oddech za nami świszcze jak szatan
przywodzi na myśl twarze wszystkich kochanek
strąconych jak kapelusz
z twojej głowy
choć nie martwisz się o słowa
z wiatrem czy pod wiatr
wracają
na początku była wiara
w wieczne wiosny i lata beztroskie
bez pomocy słów
wszystko można było stworzyć
jednym spojrzeniem ruchem
powietrza
drżały od kołysania bioder
potem światło stało się przenikliwe
zaczęło odsłaniać krawędzie
szorstkie powierzchnie przestały wydawać się
praktyczne
kiedy zimą nabiera się wody
rozsadza
słowa jak dynamit
w końcu nikt nie pamiętał o mostach
a wiatr zrywa tajemnice
odsłania korzenie jak wczorajszy śnieg
gdy ukryjemy brzydotę
będzie pięknie
wystarczy że sypnie w oczy
zarumienione policzki i chłód łatwo wytłumaczyć
mrozem
i porą roku w której nie rośnie nic prócz zasp
i murów
między nami
nic nie było
co tłumaczy nagły brak wiary w rychłe wiosny
mamy przed sobą długie milczenie
trzeba czymś zająć dłonie żeby nie bębnić palcami o blat
lubię gdy gra muzyka
i mąci ciszę co rozdziera smutek
na dwoje
jestem w żałobie
za każdym słowem rzuconym
byle gdzie
spadają jak nagły deszcz
rzęsy nie chronią przed wilgocią
to przez tę kawę
wciąż się skraplam
nie tupmy i nie trącajmy znaczeń
wszystko może być powiedziane bezdźwięcznie
śmiejmy się z siebie aż zabraknie ust
bezczelnie patrzymy sobie w oczy
wydzierając tajemnice
czytamy z dłoni długość życia
oddzielnego
kiedyś wykrzyczę wszystko co teraz zmienia się w wodę
i nie pozwala wierzyć w cuda
mój dom ma wiele pięter
winda nie wiezie do nieba
i cóż że mam żelazny krok
jak żołnierz
gdy papierowe schody
dają wrażenie złudnej miękkości
czemu się dziwisz
że kurczowo trzymam się życia
i nie zginają mi się kolana
latanie wciąż wytraca z równowagi
Wiatr liże włosy, wplata nisko latające myśli. Znów
będzie padać. Wiatr zrywa ogniste liście wina.
Dorzucę mu wszystkie niepotrzebne słowa.
Rozczerwienię się razem z tymi liśćmi, rozchwieję
jak one. Jak późna jesień.
Przeminę.
chłód nawleczony w rękaw
przykrótki
oddech nie zrywa pajęczyn
z okien wygląda autobus
pośpieszny gest
z dłonią w górze
kreślę krzyż na wysokości
ust nie przykładam
do ust
wkładam kapelusz
i skręcam
kostka po kostce
lecę