patrz na mnie pęczniej z dumy kiedy głaszczę napiętą skórę niczym płatki róż
jestem żyzna jakbym od lat bogaciła się u ujścia rzek
teraz dzieje mi się siódmy cud przedzierałeś się przez nasze rozkrzyczane pnącza w dzień i w nocy strzegę rozkosznych plonów łona uprawiam je jak bratki na klombie głaszczę cicho szemrzę
kiedy rozchylają kielichy kiełkuję znowu rosnę jestem pełna dojrzewam w pąk
wplatając palce w moje włosy mówiłeś że z jesienną panią ci do twarzy ze śmiechem całowałeś mnie w ucho gdy nie mieściłam się w ulubioną sukienkę
dziś drżą mi dłonie kiedy siadasz obok wolę otulać się kocem wtedy możesz sobie wyobrażać że znów nakarmię dzieci potem będziesz mnie mógł podziwiać jak róg obfitości poczujesz ciepło
pożegnaj mnie w porze słoneczników ubraną w jesienne kwiaty pamiętaj lubiłam być kobietą
PS
Zmieniłam tytuł wiersza. Mało kto zrozumiał o co w nim szło. Chyba jednak niezbyt dobrze to napisałam. Widać jednak wszystko ma swoje dobre strony. Dostałam dziś przedziwną wiadomość z ofertą pomocy. Zaskoczyło mnie to ogromnie. Bo niby jakim prawem ludzie identyfikują mnie z tym co piszę? Bo co innego wnioskować z wierszy o czyjejś wrażliwości, a co innego identyfikować autora z peelem. Weird, just weird.
niedziela, 30 sierpnia 2009
Portret
Frida Kahlo
udręka i ból, przyjemność i śmierć są niczym innym, jak tylko procesem F. Kahlo - pamiętnik
włosy oplotły mi szyję nie potrafię krzyczeć trzy łzy jak moje klęski gdy tracę wszystko co upragnione tylko patrzę
wydrę z siebie ból kiedy obrazom podaruję życie i śmierć
bo pragnę umrzeć i żyć i być jego i z nim jak auxocromo i cromoforo
zbliżam do siebie dłonie zaplatam – taki nawyk pozwala zamknąć obieg zająć palce przestać się martwić że nadal nie rozróżniam prawej od lewej drogi chcąc ominąć to co niewygodne choć dłonie miewam gorliwe i gorące znów się nie modlę